Adam Mickiewicz

...dwie podróże czekają na Ciebie,
Jedna z duszy w wir świata,
druga powrót w siebie"
Adam Mickiewicz

czwartek, 7 września 2017

Lato

To siódme lato z Ewą. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pogodziłyśmy obowiązki z możliwością poznania nowych miejsc. Ewa wpada do mnie do Regensburga w ostatni dzień Burgerfestu. Ruszamy na stare miasto i dzięki Ewie po raz kolejny pokonuję lęk wysokości i daję się ponieść na jakimś wysięgniku ponad dachy miasta a zwłaszcza Katedry Św. Piotra, wysokiej na 105 m.
                                                  


lecimy coraz wyżej...






Wszędzie rozchodzi się zapach bayerische wurst i piwa. Słychać muzykę. Gwar. Uwielbiam świętujących Bawarczyków, za ich radość i regionalne stroje.
                                                 

Zwłaszcza spodnie bawarskie z delikatnej zamszowej skóry, niekiedy bogato haftowane lub ozdobnie przeszywane.
                                                     
 
Noszą je młodzi i starzy mężczyźni, ale widziałam również dziewczęta. Nawet wpadamy do specjalnego sklepu po takowe dla Ewy, ale tym razem rezygnujemy - cena nas odstrasza. Kupujemy lody  i z zachwytem, podziwiamy jakąś grupę tancerzy, którzy ubrani tak jak przechodnie (nie wyróżniając się niczym) tańczą perfekcyjnie tango. Co za uczta...mogłybyśmy tak siedzieć całą noc. Dzień wcześniej podziwiałam na tej samej scenie klasyczne tańce bawarskie. Następnego dnia rwiemy co "rower wyskoczy" nad Dunaj. Pokazuję Ewie urokliwe miejsca. Później odwiedzamy salon Mini Morrisa, gdzie Ewa dosiada co fajniejsze modele. Ja robię to samo dosiadając skutery Vespa. Najpiękniejsza to oczywiście blue.
                                                       

Kolejny dzień i kolejne miasto. Tym razem wpadamy do Heidelbergu.
                                                   





              









                                                                      Rzeźba Pawiana na bulwarze nad rzeką Neckar 


                                      









                                                                                                             rzeka Neckar

                             na  Alte Brucke (Stary Most)

Zatrzymujemy się u Karin i Sylwii, dziewczyn, które niedawno wzięły ślub.                                                   

                                             







                                                                                                  z Sylwią i jej tatą 
       
                                     Sylwia, tata & Karin


                 









                                                                  Ewa z Karin w parku na małej rundzie ping-ponga
                                                          
Jedziemy rowerami na koncert Kammerphilharmonie Mannheim z Chorfest Baden z okazji 500 lecia Reformacji ( na Universitatsplatz). Mamy zaszczyt posłuchać "Messiaha" Georga Friedricha Haendla.
                                                   



dziewczyny przed koncertem z białym winem...


                                 sopranistka



 Spacerujemy po mieście, biesiadujemy. Ciepła, letnia beztroska.
Ruszamy dalej. Przed nami Luxembourg, miasto gdzie zadomowili się Marek i Alexandra, moje dzieciaki. Poznajemy miasto - państwo, gdzie każdego dnia przyjeżdża do pracy 157 tys. ludzi z Francji, Belgii i Niemiec (wikipedia). Ma tu swoją siedzibę, część Parlamentu Europejskiego i rzeczywiście, na ulicy dominują garnitury i eleganckie ubiory. To piękne i pełne zabytków miasto zanurzone w kotlinie wśród gór nad rzeką Alzette. Ograniczamy się do Starego Miasta. Strome zjazdy i ostre zakręty przerażają, ale mój osobisty "rajdowiec" radzi sobie fantastycznie.
                                                       













dawne mury obronne


Alzette








                              









                                                                                          znowu na wieży widokowej 


                               









                                                                                           Most Adolfe Breck z 1900 r.

                             Katedra Notre Dame (1613)




                            Pałac Wielkich Książąt



                               Kazamaty Petrusse 

 Popijamy wino przed restauracją "Vins Fins" i mamy zaszczyt być obsłużone przez samego właściciela. (To miejsce pracy Marka)

                                                     

 Wieczorem idziemy obok na koncert bluesowy w Barze Liquid , w którym z kolei pracuje Alexandra. Tam też poznajemy szefa lokalu. Wypijamy morze drinków... 

                                                   






Lądujemy w nowym domu dzieciaków w Arlon (Belgia). 
                                                     




Jemy pierwszy raz przegrzebki, przyrządzone przez Marka. Degustujemy też przysmaki na lokalnym targu. Śpimy zaskarbiając sobie sympatię ich psów, Whapi'ego i Cheyenny, które włażą nam do łóżka... :) Wracamy wyposażone w najlepsze lokalne piwo i normandzką zupę przyrządzoną przez Alexandrę wg receptury jej Babci z Normandii. Mamy pyszny gorący obiad w drodze do Polski.    
.    

niedziela, 3 września 2017

"Małe życie" i o życiu, byciu...

Donosiłam, parę miesięcy temu naskrobane refleksje...
Szczęśliwa cyfra roku, podświadomie każe mi łudzić się zmianą
w przypadającym mi w udziale losie. Ta sama podświadomość wpływa na dobór lektur, filmów z odpowiedziami na zdumienie 
trwaniem.Ostatnie z nich, to film "24 tygodnie" z Julią Jentsch, 
którą uwielbiam i "Małe życie" Hanyi Yanagihary. Po drodze były jeszcze "Guguły" Wioletty Grzegorzewskiej (dotyczą miejsc w których obecnie żyję) ale zatrzymam się przy "Małym życiu", bo 
ta książka wstrząsnęła mną najbardziej.
                                                       

Dawno nie czytałam czegoś tak dobrego... Tak dobrze zadomowiłam się
w przedstawianym świecie amerykańskich studentów, artystów, 
prawników, że powiem więcej : że ich przemyślenia, oceny zdarzeń
stały się jakby wyjęte z mojej przeszłości... czy to walor znakomitego pisarstwa ? ta możliwość identyfikowania się z prze- 
życiami bohaterów ? To książka o przyjaźni, o miłości ale ogrom cierpienia, bólu, poniżenia stawiają te uczucia poza granicami zwykłej egzystencji. Swobodne balansowanie autorki w niedopowiedzeniach, niedomówieniach a w końcu milczeniu, między kochającymi się osobami jest take realne... Yanagihara na ponad ośmiuset stronach zaciekawia, przeraża a w końcu uwodzi
narracją. Ta książka to przejmujące do bólu ARCYDZIEŁO psychologiczne. W zasadzie nieustannie ulegałam autorefleksji : 
jak bym postąpiła wobec ukochanej osoby ? Czy oszczędziłabym jej
przerażającej niekiedy prawdy ? Ile jesteśmy w stanie znieść cierpienia ? Ile jesteśmy w stanie zrozumieć niewyobrażalnej, przerażającej krzywdy? A moje wspomnienia ? Jak czarna woda w której pływam w powracających snach ? Słucham spokojnych dźwięków fortepianu i trąbki Cheta Bakera i rozmywają się znaczenia pokoju z bezładnie rozrzuconym ubraniem, zboża falującego w oddali czy leniwego cielska Dunaju - wszystko to trwanie i mozół współbytowania. Bolesność karku i przedramion - efekt anuluję wsłuchując się w koncert chóru z Helsinek.
                                                       


 Pod sklepienie Kościoła  Niedermunster  ( Ratyzbona) wzlatuje oszałamiająca modlitwa rozpisana na kilkadziesiąt chłopięcych głosów "Cantores Minores". Wzrusza do łez.


                                                
Trafiam na wiersz Ryszarda Szocińskiego, oto fragment -
[...]
może mi kilka daruje pan lat
bym
mógł ocalać swą duszę
być może
inny będzie świat
gdy
w wieczność samotnie wyruszę
[...]

Wciąż nie mogę wyjść z osłupienia opisem i analizą psychologiczną
głównego bohatera Juda St.Francisa, gwałconego 
i wykorzystywanego seksualnie dziecka, który próbuje funkcjonować jako dorosły człowiek. Autorką jest przecież kobieta.
Czasami książka okazuje się niewiarygodna, bo nie bardzo chce się wierzyć w tak wielką przyjaźń bezwarunkową, miłość skłonną do poświęceń ale polecam to studium każdemu. Być może wydaje się nam, że jesteśmy w stanie pojąć  i zrozumieć zło i tą siłę zmuszającą ofiarę do autodestrukcji... Otóż tak nie jest. Dzięki tej książce będziemy bardziej świadomi...

Jeszcze  dorzucę tylko kilka uwag o interesującym filmie. "24 tygodnie" .Nagrodzony na festiwalu w Berlinie film ze wspomnianą już wcześniej Julią Jentsch w roli głównej (warto obejrzeć "Krainę śniegu" z nią, w roli głównej).


                                                      
                                                   

Wracając do "24 tygodni",  chcę powiedzieć, że to bardzo kontrowersyjny film ( aż dziw, że dopuszczony do emisji w polskich kinach) i równocześnie głęboko feministyczny. Główna bohaterka Astrid, żyje w wolnym związku, wspólnie z partnerem wychowując dziecko i z powodzeniem realizując sceniczną karierę zawodową. Kiedy okazuje się, że kolejne dziecko urodzi się z zespołem Downa, podejmuje to wyzwanie z godnym podziwu entuzjazmem i wyzwaniem... Z kolejnym faktem dotyczącym uszkodzeń płodu jest już gorzej... musi wybierać : dobro dziecka, swoje czy dobro rodziny ? Ten film w niezwykle subtelny i delikatny sposób porusza poważne dylematy moralne , religijne ale też takie zwykłe ludzkie.Powinien być obowiązkowy dla wszystkich przeciwników aborcji, tylko czy są oni otwarci na jakikolwiek dialog ?