Adam Mickiewicz

...dwie podróże czekają na Ciebie,
Jedna z duszy w wir świata,
druga powrót w siebie"
Adam Mickiewicz

niedziela, 21 lipca 2019

Korfu cz.I.

W końcu stało się... Jesteśmy w Grecji. Chcemy słońca, opalenizny a wraz z nią wit. D , niezbędnej dla obolałych stawów. Oczywiście wybrałyśmy najbardziej zieloną z wysp,wysuniętą najdalej na północ, wyspę Corfu.
                                                   


 Jakoś nam nie po drodze, spalone słońcem wybrzeża południa. Trafiamy do Rody - miejscowości najdalej wysuniętej na północ wyspy. Codziennie podziwiamy panoramę gór Albanii po drugiej stronie morza. Są niezwykle malownicze, majestatyczne.Wysokie, do 2600 m.n.p.m. Noszą nazwę Gór Przeklętych, z powodu stromych, niedostępnych szczytów.
                                         
                                                           

           
                                                      


Dotarłyśmy do miejsca, które zachwyciło nas w czasie zimowych wieczorów z serialem Durrellowie. Serial zrealizowano na podstawie autobiograficznych książek Geralda Durrella. Jego matka,  Louisa Durrell po śmierci męża, wraz z czwórką dzieci postanawia osiedlić się na wyspie Corfu.
                                                           

                                     kadr z filmu    
Wyspa, przez pięćdziesiąt lat dziewiętnastego wieku była pod panowaniem angielskim. 
I w zasadzie od tamtego okresu, ulubionym miejscem wakacyjnego wypoczynku Anglików, trwającym aż do dziś. Dzieje tej Rodziny opisał najmłodszy syn Gerald i częściowo najstarszy, znany pisarz Larry. Tak bardzo rozsławili wyspę, że nie tylko nakręcono o ich przeżyciach serial ale rdzenni mieszkańcy wyspy ufundowali im tablice pamiątkowe, zdobiące park stolicy  Kerkyry.                                                       













                                                    

Teraz naocznie przekonałyśmy się o zachwycających plażach, nieziemskim błękicie Morza Jońskiego i fantastycznych kolorach kwitnących oleandrów, opuncji, amarylisów. Do tego eukaliptusy, cyprysy, drzewa oliwne o powykręcanych pniach (tu nigdy nie były przycinane). Spotykamy malwy i maki o żółtych kwiatach.
                                                     










                                               wszędzie bugenwille....





jakaranda




kwiat fikusa




                                                       maki żółto kwitnące

przed bugenvillą, na dziedzińcu Monastyru w Paleokastrisie


 Jeszcze zimą zarezerwowałyśmy pobyt w hotelu "Silver Beach". Termin na przełomie maja i czerwca gwarantował uniknięcie upałów na rzecz umiarkowanego ciepła i tak też się stało. Morze było trochę chłodne, basen zasilany chyba górską źródlaną wodą, zimny jak diabli ale co tam i tak się kąpałam. Wprawdzie nogi latały mi nieskoordynowanie, w efekcie silnego zasolenia wody i zmagania się z wypornością ale pławienie było boskie.  Po kilkudziesięciu latach, Ewa znowu leciała samolotem i w końcu wypoczywała w pełni, wolna od szoferowania. Dotychczas pokonywała olbrzymie wakacyjne przestrzenie samochodem, z noclegami w namiotach i schroniskach. A tu zdecydowałyśmy się na All inclusive. Rozpływamy się w rozkoszy wakacji co zauważają współmieszkańcy naszego Silver Beach : "Panie ciągle promienieją radością..." słyszymy. I tak jest istotnie.   Wykorzystałyśmy te dwa tygodnie maksymalnie, jeżdżąc na wszystkie możliwe wycieczki i rejsy w tym czarującym regionie Europy. Jedna z pierwszych wycieczek - to Albania. Jest tak blisko... grzechem byłoby jej nie zobaczyć. Płyniemy do Sarandy - to albański nadmorski kurort. Na nadbrzeżu cumują rozmaite jachty i łodzie rybackie. Wśród nich przewodniczka pokazuje nam jeden z najdroższych jachtów na świecie, należący do jakiegoś hiszpańskiego multimilionera, czyli Albania zaciekawia nie tylko nas.

                                                   










 Z Sarandy jedziemy do źródła Blue Eye  - wywierzyska , skąd wypływa 6m3 wody na sekundę a głębokość źródła sięga  - 53 m. Przyglądamy się nurkowi, który prawdopodobnie chwilę przed naszym przybyciem zakończył eksplorację źródła dającego początek krystalicznie czystej rzece Bystricy.
                                    
                                                         


                                                  



 Nabieram wody z tego źródła, wypijam kubek przed snem.... i przez trzy dni mam czyszczenie góry i dołu... ale to było później. Tymczasem ruszamy do Parku Narodowego Butrinta - antycznego miasta- portu, którego historia sięga VIII w. przed Chrystusem.Pierwsze wzmianki o tym mieście pojawiają się w poemacie Eneida Wergiliusza. Wędrujemy po ruinach tego miasta i traktujemy tą wizytę jako niespodziewany, zaskakujący prezent w spontanicznie wybranej wycieczce do Albanii. 

                                                         











               napis dedykowany Asklepiosowi - patronowi świątyni...



amifiteatr (III w. po Chr.)




                                   baptysterium




Wielka Bazylika (czasy późniejsze, VI w. po Chr.) 

Brama Lwa  - tajne wejście do miasta od strony jeziora
 Wycieczka do Albanii, nie przesłoniła nam tego co o niej wiemy...Wprawdzie, nie zdążyłam przeczytać książki o Albanii "Błoto słodsze niż miód" ale ukradkiem robię zdjęcia ludziom żyjącym poza kurortem...ich domy...to głęboki PRL...
                                                     

Delektujemy się lokalnymi potrawami. Oliwa i oliwki + sałatka grecka jest naszym codziennym menu.Wybieramy się na gyrosa (którego w Polsce omijamy dużym łukiem) i owoce morza. Jesteśmy ukontentowane. Było smacznie.

                                                     


                                                 
       cdn...                                           



                                                     

piątek, 7 czerwca 2019

Dwa światy

Przeczytałam drugą książkę Piotra Milewskiego "Dzienniki japońskie" (wcześniej "Islandia czyli najzimniejsze lato od 50 lat") i uzmysłowiła mi, że to co mi się podoba najbardziej w Regensburgu, oprócz czarującego zabytkami i zielenią miasta to codzienność zwykłych ludzi. Ich pogoda, spokój, tolerancja, i chyba dostatek w jakim żyją. Trudno tu znaleźć opuszczone domy, zaniedbane ogrody, posesje. Czasami zatrzymuję się przy jakimś ogrodzeniu, zaglądam przez okna by zapamiętać roślinę, dekoracyjny detal, aranżację... Jak można ozdobić wejście do domu, malując obrazki na kamieniach, dachówkach, tworząc z nich kompozycję opartą o ścianę... Jak można zamienić kamienny balkon w miniaturowy ogród z kompozycją krzewinek i drzew.
Przyglądam się ludziom... szczupli, zadbani, biegający, jeżdżący na rowerach, maszerujący na kijach, nieraz całymi grupami (ja wśród nich). Oczywiście dostrzegam lokalnych lumpów zaśmiecających przystanki, popijających na ławkach ale to na ogół cudzoziemcy. Gdy przechodzę w pobliżu słyszę obcy język. I nasz kraj. Ten wszechogarniający smutek, nienawiść, frustracja ...wydarzenia podcinające wszelką nadzieję. Uciekam w nierealizm, filmy, książki, marzenia. Tłumione niezadowolenie, frustracja daje znać o sobie różnymi egzemami, bólami stawów, ogólną niedyspozycją. Nagrywam kosa usiłującego znaleźć partnerkę i przesyłam ten śpiew wszystkim, których kocham. Może wywołam uśmiech ? W końcu kto nie kocha ptaków ?  W sklepach Regensburga wielorasowa obsługą, taka sama klientela.W kościele widzę wśród ministrantów dziewczynki, Hindusów, czarnoskóre dzieci i białe.
Wokół przyjazna tolerancja, radość, akceptację. Wraz z księdzem celebrują Wikariuszki... myślę o Polsce : " Ciemno, prawie noc" gdyby posłużyć się tytułem książki Joanny Bator. Jak mówi Piotr Pietucha : jeszcze nigdy nie było takiej dużej liczby osób trafiających do jego gabinetu terapeutycznego. cyt." Jesteśmy neurotyczną, rozedrganą , wątpiącą w siebie masą niespełnienia. Uzależnioną od alkoholu, ćpania i internetu "  Możemy poprawiać nastroje swoje i naszych bliskich drobnymi gestami, słowami i robimy to, do ostatniego oddechu...

 oddechu...

poniedziałek, 4 marca 2019

Bawaria

Granice mojego poznania znowu się poszerzyły i co nieco okrzepły... Już swobodnie poruszam się wzdłuż i w szerz, obcego skądinąd miasta. Poznaję kolejne zakątki, ulice, parki, uśmiecham się do mijanych zabytków, które niegdyś obfotografowałam. Bez trudu robię zakupy, znajdując ulubione produkty. Nawet znalazłam second - hand .Myślałam, że Regensburg jest pozbawiony takich miejsc... Pochylam się nad każdą spotkaną roślinką i to chyba nigdy mi się nie znudzi, podobnie jak przyglądanie się ptakom, wiewiórkom i królikom...

                                                     







 















Przy okazji robię, co mogę by zrzucić nieszczęsne skutki spowolnionego metabolizmu (hashimoto) 
i nieokiełznanego łakomstwa na słodycze. Odnajduję dwie pływalnie, wybieram tańszą i wykupuję karnet... uwielbiam pływać.
Niespodziewanie poznaję Begonię, drobną istotę. Ma 85 lat i waży 38 kg. Urodziła się w Hiszpanii (zaczyna opowieść, jakby czytała 
w moich myślach), - stąd to baskijskie imię... Jej ojciec był specjalistą od pieców martenowskich. Został oddelegowany do pracy w Hiszpanii na rok. Kiedy zaproponowano mu przedłużenie kontraktu, postawił warunek, że musi do niego dołączyć żona 
z dziećmi. I tak się stało. Firma zapewniła rodzinie pulman, którym matka Begonii wraz z synami, wujkiem i ciotką przejechała całą Europę i dotarła do męża.  Tak się urodziłam... a imię wybrali mi bracia, zachwyceni malutką córką hiszpańskiej sąsiadki -  powiedzieli albo Carmen, albo Begonita... przerywa przymykając oczy, szukając słów polskich. Z Hiszpanii musieli uciekać bo wybuchła wojna domowa, Generała Franko. Ambasada niemiecka powiadomiła ich o ostatnim terminie ewakuacji własnych obywateli... Wrócili do Przysieki k. Opola. Początkowo Begonii dokuczano w przedszkolu, lepiej znała hiszpański niż niemiecki 
ale bracia ją uwielbiali, kiedy przyjeżdżali z wojska na przepustki wozili ją na ramie roweru przez cała wieś... Obaj zginęli podczas wojny, jeden w Rumunii, drugi spadochroniarz, został zestrzelony przez anglików w czasie bombardowania Anglii (byli w Wermachcie). Ojciec pracował na kolei, któregoś razu wrócił z pracy i powiedział, że źle się czuje. Wezwano zakonnicę, która zrobiła mu zastrzyk i furmankę, żeby zawieźć go do szpitala w Opolu... nie zdążyli skonał matce na rękach. Miał 53 lata. Po wojnie Begonia idzie do Technikum Ogrodniczego ale matka codziennie uczy ją pisania po niemiecku, poprawia błędy... Begonia dostaje pracę w Agencji Rolnej skupującej zboże od rolników. Poznaje o 10 lat starszego Ernsta, w 1954 r. biorą ślub. Ciocia szyje jej sukienkę do ślubu ze spadochronu brata (przysłanego wraz z blaszanym identyfikatorem przez Czerwony Krzyż). Co chwilę przerywa, jakby zasypiała... Do drugiego porodu zawiozła siebie sama i dodatkowo, sześcioletniego syna Udo i matkę na tylnym siedzeniu...co ból zatrzymywała się, w końcu dotarła do szpitala 
i tylko zdążyła zawołać, żeby zajęli się matką i synem i zawiadomili męża... Coś mi to przypomina, ale moja historia jest o wiele smutniejsza... Jest niesamowita... Super bohaterka. Po śmierci matki wyemigrowali do Niemiec, gdzie, dzięki doskonałej znajomości języka w mowie i piśmie (za co do dziś jest wdzięczna matce)bez trudu dostaje pracę... Zapytałam jak sobie radzi ? (jest bardzo schorowana),odparła, że jeździ samochodem po zakupy... Swego czasu krążyła o niej anegdota, jak po wylewie synowie zabrali jej auto z garażu, żeby nie zrobiła krzywdy sobie i innym...
i nagle jeden z synów (znany kolekcjoner zabytkowych aut) dostaje telefon od Szefa Salonu Samochodowego - jest tu pańska matka 
i właśnie kupuje nowy samochód... osłupienie odjęło mu mowę. Skutek był taki, że szybko oddali mamie auto. No po prostu aparatka...