Nie jestem
literaturoznawczynią, tylko takim czytelniczym smakoszem, podobnie
smakoszem fotografii, muzyki i filmu. To dziedziny, które pomogły
mi przetrwać trudne chwile, zrozumieć świat, ludzi i samą siebie.
Po tylu recenzjach, które łapczywie pochłaniałam, czuję się
bezradna w sprostaniu opisu tego co przeczytałam. Książkę
„Okruchy większej całości’ Bogdana Frymorgena, czytałam na
głos sobie i Ewie, mojej przyjaciółce. Jest ona debiutem
literackim wyjątkowego człowieka, artysty fotografika, dziennikarza
a teraz poety. Niektóre rozdziały czytałam z trudem, łamiącym
się głosem powstrzymywałam szloch. Ewa bezgłośnie połykała
łzy, by w końcu powiedzieć : przerwij, bo pęknie mi serce…
Nie
pamiętam, kiedy książka poruszyła mnie tak głęboko. Od
początku, do końca.
To
znakomita książka. Zwłaszcza w czasach izolacji, samotności,
smutku, weryfikacji naszego człowieczeństwa, zdolności do
współodczuwania, czułości… „Okruchy większej całości”
wpisują się w CZUŁOŚĆ o jakiej mówi Olga Tokarczuk w swojej
mowie po otrzymaniu nagrody Nobla. Z czułości są niektórzy z nas,
a na pewno Bogdan Frymorgen. W kolejnych rozdziałach „Okruchów”
opisuje swoje dzieciństwo, rodziców, dziadków, kolegów, sąsiadów,
wieś, zdarzenia...Takim jest przyjazd kina objazdowego a wraz z nim
tajemniczego świata, istniejącego poza granicami wsi. Takim jest
rytuał kiszenia kapusty, ubój cielaka, spotkanie śmierci i
...życie dotkliwe. A wszystko opisane niesamowicie, wzruszając
każdym zdaniem.
Ta
książka powstała z miłości, z tęsknoty za czasem minionym. Jej
autor, niekiedy obnaża w niej, bardzo intymne zdarzenia, fakty, jak
choroba ojca, niedostatek, krzywda. Czytając kolejne fragmenty,
możemy się w nich przejrzeć, bo to również o nas, dzieciach
PRLu. Jak w albumie starych fotografii, nosimy w sobie pamięć
chleba posmarowanego musztardą, odpustu czy procesji Bożego Ciała
i noszenia pończoch do repasacji...oraz wizyt w szpitalu. Także
pierwsze spotkania z muzyką z pocztówkowych płyt. Jest tych
obrazów, zdarzeń moc. Podobnie nosimy w sobie traumatyczne
wspomnienia. Moje dzieciństwo naznaczone biedą, alkoholizmem matki
i sadyzmem ojca, było nieustannym deficytem miłości… Jak czytam
taki fragment, o matce autora, cyt. „To ona grzała wieczorami
pierzynę na kaflowym piecu, a rano wkładała nam pod kołdrą
rajtuzy. Pozwalała spać do momentu, kiedy na nogach cudem pojawiały
się buty. Potem sadzała nas przy stole z ciepłym mlekiem i kromką
chleba. [...]Sklejała rodzinę. W naszej stajence była Matką
Boską, betlejemską gwiazdą z Podbeskidzia. To ona nauczyła nas,
że dobre słowo przenosi góry, a złe może wywołać trzęsienie
ziemi.”, to smutek rozdziera mi serce,
bo
tak bardzo bym chciała mieć podobne… . Każdy z nas nosi w sobie
jakieś okruchy pamięci i książka Bogdana Frymorgena jest
znakomitym pretekstem, by wydobyć je z zakamarków choćby na
chwilę. To nie pierwsza prowokacja. Mam to szczęście, że
obejrzałam i przeczytałam album fotograficzny „Lanckorona”
Bogdana Frymorgena. Efekt był taki, że zapragnęłam wrócić do
miejsc swojej młodości i utrwalić je na zdjęciach. Te łąki,
parki, drzewa, jezioro, skrzypiące schody… Jak dobrze, że
fascynacja fotografią spowodowała spotkanie wirtualne autora,
najpierw za pomocą zdjęć Lanckorony, później wycieczką do niej
i w końcu wspomnień publikowanych we fragmentach, przepłakanych
przez nas już niegdyś… To dobra, wartościowa literatura, którą
polecamy i nie przeoczymy następnych książek autora.