Wprawdzie zima była tylko dwa dni ale cieszymy się z niej jakbyśmy miały po 12 lat...
pierwszy raz w życiu przypinam narty...
celebrujemy ciepełko... kubek herbaty, jakieś jedzonko, smaczki ... i remik nieustający. Czytanie. Spotkania, i podziwianie przeszłości np. średniowiecznych polichromii w lokalnym kościółku p.w. Marii Magdaleny ...
Zaliczyłyśmy kilka koncertów. Pierwszy to listopadowy koncert Keatona Hensona w ramach Festiwalu Ars Cameralis w dość specyficznym miejscu : Kościele Zmartwychwstania Pańskiego w Katowicach. Udało mi się kupić bilety 2 min. po ich wystawieniu na sprzedaż, w drugim rzucie ( później okazało się, że rozeszły się w kilku minutach). Fajnie się go słucha, nie zdawałam sobie sprawy z jego popularności, dlatego zdumiały mnie tłumy zgromadzone u stóp Kościoła pomimo dotkliwego chłodu.
fot.Radosław Kaźmierczak
Mimo, że przyjechałyśmy 40 min. wcześniej, udało nam się zająć miejsca dość odległe, tak, że mogłyśmy jedynie zamknąć oczy isłuchać. Ten wszechstronny artysta : poeta, kompozytor, muzyk, artysta grafik (następnego dnia miał również wystawę ) zagrał w duecie z wiolonczelistą Renem Fordem. Byłyśmy niedoubrane i poczucie chłodu towarzyszyło nam do końca koncertu.
Ujął nas surowy i prosty wystrój wnętrza protestanckiego Kościoła i cisza podczas subtelnych piosenek Keatona a ostatnia "Hallelujah" wywołała ogólny entuzjazm i szczególnie pasowała do miejsca. Jednak w drodze powrotnej doszłyśmy do wniosku, że wolimy słuchać go w domu.
Kolejny wypad po wyczerpującym dniu, to koncert jazzowy Tria Walczak / Lamch / Parker w częstochowskim OKFie. Muzycy kołyszą nas swoimi kompozycjami oraz standardami jazzowymi Johna Scofielda, Pata Matheny'ego i innych... Ewa wtula się w zagłębienie mojego ramienia i przysypia... jestem szczęśliwa, że tak kojąco działa na nią muzyka. Atmosfera jest cudowna, widać, że wśród publiczności są znajomi muzyków, przerzucają się żartami jest pełny luz...a my zadowolone nocą wracamy do domu...
Ostatni wyjazd, to noworoczny koncert Tarnogórskiego Big Bandu z towarzyszeniem wokalistów, wśród których bardzo bliska Ewie - Dominika...
Koncert bawi publiczność i nas ogólnie znanymi standardami jazzowymi...
tu nieco starszy hit w tym samym wykonaniu...
w wyśmienitym nastroju i fajnym towarzystwie, pałaszujemy w lokalnej kawiarence,
Jeszcze trochę radości z odświętnego wystroju naszego domku...
nasza pierwsza choinka...
na chwilkę przed wigilijną kolacją...
przed tarasem też ubrałyśmy choinkę...
a w oknie na poddaszu taką gwiazdkę...
a tak przed wejściem do " Babiego lata"...
za oknem ścisnęło mrozem, na szczęście zdążyłam okryć niektóre krzewy włókniną...
w drugi dzień Świąt wycieczka do Częstochowy, do Kościoła św. Jakuba, w którym nasza Seniorka dawno, dawno temu brała ślub... a chwilę potem Ewa była ochrzczona...
Ewa i Mama...
jeszcze tylko wizyta u Rodziców naszej Nestorki i wieczór ...
Stół już przygotowany na zagoszczenie najlepszych uczuć i uśmiechów... a do Wszystkich wyciągamy ręce pełne Miłości... życzymy Wesołych Świąt i ukojenia w przyszłym 2016 Nowym Roku
Jesień 2015 r skumulowała feerię wydarzeń ... porzucam pracę, miasto w którym się urodziłam, dom mojego poprzedniego życia... Przeprowadzka, pakowanie, totalny rozgardiasz w naszych domach i życiach... Ewa też się pakuje i przewozi pojedyncze rzeczy, tylko, że ona ma do pokonania 1 km a ja 500 ;) Nie sypiamy... niepokój o pokonanie własnych niemożności rujnuje naszą odporność... W końcu stało się ... Ewa dowiedziała się, że nie powinno się przeprowadzać w listopadzie. Raczej w nosie mamy przesądy, ale duchowe rozdygotanie sprawia, że ulegamy i przeprowadzamy się 31 października definitywnie... I nic się nie stało...żadnych salw, zmian pogody... rano śniadanie tuż po przebudzeniu, jak wiele wcześniejszych...Jest czysto, ciepło i przytulnie...Ukradkiem spoglądamy na siebie i wciąż się uśmiechamy... Kolejne dni poświęcamy na rozpakowywanie kartonów, układanie naczyń. Ewa codziennie uzupełnia niezbędne techniczne konstrukcje, instalacje. Dokupujemy drewno do kominka, opróżniamy garaż z rupieci i już można w nim parkować. Pracy jest mnóstwo. Podobno dwa lata minie, zanim znajdziemy miejsce dla wszystkich naszych przedmiotów.
pieprznik na poddaszu...
Podoba nam się nasze nowe życie. Mamy teraz znacznie mniej czasu na przyjemności ale co tam...jeszcze dajemy radę a wieczory przy kominku kompensują całe utrudzenie dnia...
moje dwie kobiety śpią przed kominkiem...
To nowe życie tak nas pochłania, że nie mamy czasu na blogosferę. Za to mamy nowe drzewka wokół domu, i wrażenia z koncertów, kina ( ale o tym kiedyś tam...) i przygotowywania naszej pierwszej Wigilii...
Wcielam się w rolę gospodyni z mizernym skutkiem...mamy do dyspozycji dwupalnikową kuchenkę indukcyjną a moje umiejętności jej obsługi można porównać z doświadczeniem Bridget Jones. Zanim zrobiłam Ewie śniadanie, musiałam zeskrobywać ze ścian skwarki pryskającej jajecznicy ... a gotując makaron zużyłam wszystkie ścierki i ręczniki w pobliżu, żeby zebrać kipiącą wodę... :( Kiedyś w przeszłości chciałam zasłonić swoją nierdzewną kuchenkę przed pryskająca wątróbką i poukładałam wokół patelni stare gazety. Efekt był taki, że się zapaliły pofrunęły do góry, zanim je połapałam to wątróbka była cała w sadzy , do tego kuchnia, podłoga i wszystkie szafki...masakra. Dobrze, że firanki nie zajęły się ogniem. Mamy nowe schody na poddasze, śliczne. Poręcze będą zamocowane później, dlatego przy moim lęku wysokości złażę z nich tyłem i oczywiście już się pode mną zarwały... Teraz Ewa wnosi mi na poddasze miskę z praniem, bo moja waga + miska to dla naszych schodów nadmiar...
montaż schodów ze wsparciem przyjaciół : Radka i Wali...
siedzi się na nich wybornie...
widok z sypialni na "taras" (oczywiście w przyszłości)
Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że kotka Ewy, Pusia zadomowi się w "Babim Lecie". Teraz już wiemy, że kot przywiązuje się do ludzi a nie do miejsc a ciepło kominka wprost uwielbia i śpi na wszystkich meblach...
tymczasem robimy łańcuch na choinkę ze słomy i papierowych kokardek i czekamy na Wigilię...
W oczekiwaniu na nieuchronne, ciemne, smutne
i chłodne dni, gdzie „Przewodnik po Norwegii” czeka sobie w dobrym miejscu, uśmiechając się od czasu do czasu, przeczytałam książkę o kobietach. Piękną.
To „Stulecie” Herbjørg Wassmo – świetnej
powieściopisarki norweskiej.
Wszystko się na to składało : znakomite
kryminały z Kurtem Wallanderem w roli głównej, wyjątkowe filmy – dalekie od
biegunki hollywoodzkiej, unikalne miejsca i ludzie wciąż do poznania…. Istotnym
imperatywem do sięgnięcia po tę książkę był feminizm autorki . Znałam jej
wcześniejszą powieść, „ Księgę Diny” świetnie zekranizowaną historię
dziewczyny, przełamującej bezwzględne rygory dziewiętnastowiecznych obyczajów
według których, kobietę czekało zamążpójście albo służba, a o niezależności
mogła tylko śnić. Dina odważyła się w brawurowy i bezkompromisowy sposób zerwać
ten kaganiec i mogłaby być pramatką dzisiejszych drapieżniczek samo stanowiących
o życiu, macierzyństwie i przyjemnościach…
kadr z filmu...
„Stulecie” to powieść autobiograficzna o
Sarze Susanne, Elidzie, Hjørdis i Herbjørg połączonych ze sobą więzami krwi
… ”Skoro rysy twarzy potrafią się odtwarzać w tak wielu pokoleniach, to chyba to
samo musi dotyczyć myśli ? Jak fale uderzające o coraz to nowe plaże,
powtarzają się przez pokolenia, pozornie niczego nas nie ucząc.” Herbjørg
studiuje motywacje, wybory swoich poprzedniczek i dokonuje fantastycznych analiz
psychologicznych ich zachowań. Studiuje myśli i dodatkowo obdarza nas bogactwem
obyczajów ludzi północy oraz historii Norwegii przez ponad pięćset stron
książki.
Jak pisze […] Bo czym jest pełna prawda
historii ? Czy ludzka myśl, której nie można mieć pod kontrolą, jest pozbawiona
prawdy ?
A nasze czyny, czy są bardziej prawdziwe, bo
z pozoru można je kontrolować ? Mogą przecież być kompletnie fałszywe w
stosunku do tego, co czujemy i myślimy ? W jakim stopniu możemy poznać
człowieka tylko na podstawie tego, jak go odbieramy ? […]
Jest coś jeszcze, dlaczego warto przeczytać tę książkę… autorka zmaga się w niej, ze zmorą ciążącą nad jej życiem (co
ujawnia w wywiadach). Jest kobietą w dzieciństwie, wykorzystywaną seksualnie przez ojca, którego nie potrafi nazywać inaczej, niż tylko On. Herbjørg próbuje zgłębić, jak to się dzieje,
że z kochanego przez kobiety
mężczyzny, powstaje potwór
wykorzystujący seksualnie własne dzieci. Kreśli
idealne studium spustoszenia psychicznego, molestowanego dziecka. To
dobra proza dla tych z nas, którzy chcieliby zatrzeć, zbanalizować ten problem.
A w „Stuleciu” spotykamy syna Diny i
poznajemy jej dalsze losy.
I na koniec jeszcze jeden wyimek jej myśli,
cyt. „ Słowo pisane sprawiało wrażenie bardziej prawdziwego niż słowa, które
tak po prostu wypływały ludziom z ust równie łatwo, jak wymioty”