Mały wypad do Regensburga, pogoda niefajna ... siąpi i zimno ale
czeka nas nagroda w postaci wieczoru w gronie niemieckich znajomych
przyjaciółki, którzy w prezencie śpiewają dla nas przepiękną pieśń pasyjną ( na
co dzień śpiewają w chórze). Mają piękne głosy. W drodze powrotnej zjeżdżamy do
Drezna. Spełnia się kolejne z marzeń mojego życia : przekraczamy
próg Gemaldegalerie Alte Meister. Mogę popatrzyć na Vermeera, "Autoportret
z Saskią" Rembrandta, Tycjana, Rubensa, "Śpiącą Venus" Giorgione
i w końcu "Madonnę Sykstyńską" Rafaela... nie sposób wymienić
wszystkich mistrzów ... Otoczenie Zwingera (
zespołu pałacowego) to arcydzieła architektury... jeszcze tu wrócimy, być może
w słoneczniejszą porę.
Ostatnio obejrzałyśmy kilka filmów, pośród których
zdecydowanie najlepszym okazał się film Grimura Hákonarsona „Hrútar” po polsku „Barany.
Islandzka opowieść”.
Oczywiście tytułowe barany, mimo unikalnego, starego
rodowodu są tylko tłem do prawdziwych namiętności również skrywanych (brak wylewności
to typowa cecha ludzi północy). Ewa poza wachlarzem rozmaitych umiejętności, również zajmowała się hodowlą owiec… ja
natomiast mam nieustanne skłonności do miejsc wyludnionych, oddalonych i do
wszystkich przejawów samotności „ bo to siostra moja rodzona” , to też na słowo
Islandia byłyśmy w pełnej gotowości na poznanie miejsc niemożliwych w Realu. Już
pierwsze surowe krajobrazy, bezkres, majestatyczne góry, dolina Bárdardalur - miejsce
wydarzeń filmu i do tego wspaniała muzyka Atli Őrvarssona, pochłonęły nas bez
reszty. Podobno dolinę tę zamieszkuje zaledwie pięćdziesiąt osób (wielu z nich
grało w filmie zamiast statystów, bo to produkcja niskobudżetowa) a zimy
trwające tu całą wieczność zmuszają ich do życia w nieustannej izolacji . Jakby to było nie dość
dotkliwe, główni bohaterowie filmu, bracia Gummi (Sigurður Sigurjónsson i Kiddi
(Theodór Júlíusson) nie rozmawiają ze sobą od 40 lat… skąd my to znamy ?! Obaj
samotni, przyglądamy się ich prostemu życiu i miłości, jaką obdarzają zwierzęta…
oraz charakterystycznej powściągliwości w relacjach z sąsiadami. Ten prosty,
oszczędny w narracji film balansujący pomiędzy humorem i dramatem ma siłę
rażenia arcydzieła. Kiedy Gummi postanawia osobiście zabić, ukochane (skazane
na zagładę) barany chowam głowę pod kurtkę dławiąc szloch. Cały film trzyma w
napięciu, jak dobry kryminał a ostatnia scena ma taką siłę rażenia, że powala
nas na kolana… Po dziesięciu latach skazania swojej rodziny na nieistnienie, po
prostu nie zatrzymuję łez… po powrocie szukam śladów twórcy i znajduję takie
określenie – „ Mój film to prosta historia o miłości” a także uwaga, że wielu reżyserów kreuje
swoje historie w taki sposób, aby ich bohaterowie sprawiali wrażenie, że
przeczytali wiele książek, sam stara się tego uniknąć… ( z powodzeniem). Jest
coś bardzo bliskiego między Gummim obcinającym paznokcie a dziewczyną na
drugiej półkuli nakładającej krem na twarz…
Polecamy
Wprawdzie zima była tylko dwa dni ale cieszymy się z niej jakbyśmy miały po 12 lat...
pierwszy raz w życiu przypinam narty...
celebrujemy ciepełko... kubek herbaty, jakieś jedzonko, smaczki ... i remik nieustający. Czytanie. Spotkania, i podziwianie przeszłości np. średniowiecznych polichromii w lokalnym kościółku p.w. Marii Magdaleny ...
Zaliczyłyśmy kilka koncertów. Pierwszy to listopadowy koncert Keatona Hensona w ramach Festiwalu Ars Cameralis w dość specyficznym miejscu : Kościele Zmartwychwstania Pańskiego w Katowicach. Udało mi się kupić bilety 2 min. po ich wystawieniu na sprzedaż, w drugim rzucie ( później okazało się, że rozeszły się w kilku minutach). Fajnie się go słucha, nie zdawałam sobie sprawy z jego popularności, dlatego zdumiały mnie tłumy zgromadzone u stóp Kościoła pomimo dotkliwego chłodu.
fot.Radosław Kaźmierczak
Mimo, że przyjechałyśmy 40 min. wcześniej, udało nam się zająć miejsca dość odległe, tak, że mogłyśmy jedynie zamknąć oczy isłuchać. Ten wszechstronny artysta : poeta, kompozytor, muzyk, artysta grafik (następnego dnia miał również wystawę ) zagrał w duecie z wiolonczelistą Renem Fordem. Byłyśmy niedoubrane i poczucie chłodu towarzyszyło nam do końca koncertu.
Ujął nas surowy i prosty wystrój wnętrza protestanckiego Kościoła i cisza podczas subtelnych piosenek Keatona a ostatnia "Hallelujah" wywołała ogólny entuzjazm i szczególnie pasowała do miejsca. Jednak w drodze powrotnej doszłyśmy do wniosku, że wolimy słuchać go w domu.
Kolejny wypad po wyczerpującym dniu, to koncert jazzowy Tria Walczak / Lamch / Parker w częstochowskim OKFie. Muzycy kołyszą nas swoimi kompozycjami oraz standardami jazzowymi Johna Scofielda, Pata Matheny'ego i innych... Ewa wtula się w zagłębienie mojego ramienia i przysypia... jestem szczęśliwa, że tak kojąco działa na nią muzyka. Atmosfera jest cudowna, widać, że wśród publiczności są znajomi muzyków, przerzucają się żartami jest pełny luz...a my zadowolone nocą wracamy do domu...
Ostatni wyjazd, to noworoczny koncert Tarnogórskiego Big Bandu z towarzyszeniem wokalistów, wśród których bardzo bliska Ewie - Dominika...
Koncert bawi publiczność i nas ogólnie znanymi standardami jazzowymi...
tu nieco starszy hit w tym samym wykonaniu...
w wyśmienitym nastroju i fajnym towarzystwie, pałaszujemy w lokalnej kawiarence,
Jeszcze trochę radości z odświętnego wystroju naszego domku...
nasza pierwsza choinka...
na chwilkę przed wigilijną kolacją...
przed tarasem też ubrałyśmy choinkę...
a w oknie na poddaszu taką gwiazdkę...
a tak przed wejściem do " Babiego lata"...
za oknem ścisnęło mrozem, na szczęście zdążyłam okryć niektóre krzewy włókniną...
w drugi dzień Świąt wycieczka do Częstochowy, do Kościoła św. Jakuba, w którym nasza Seniorka dawno, dawno temu brała ślub... a chwilę potem Ewa była ochrzczona...
Ewa i Mama...
jeszcze tylko wizyta u Rodziców naszej Nestorki i wieczór ...